Debeściak: mój blog

Jak wzrastać?

Firmy zakłada się dziś dużo łatwiej niż 10-15 lat temu. Przepisy są bardziej czytelne, a urzędy bardziej przyjazne. Formy wspierania przedsiębiorczości przeszły ewolucję – fundusze unijne pomagają dziś przeprowadzić bardziej skomplikowane procesy w rozwoju firm. Ostatnie badania społeczne pokazują jednak, że spadła skłonność Polaków do pracy na własny rachunek.

Większości z nas praca na etacie bardziej odpowiada niż prowadzenie własnej firmy. Mimo że aż 71% ankietowanych przez GFK Group Polaków ma pozytywne podejście do przedsiębiorczości, tylko 27% zdecydowałoby się uruchomić własną działalność gospodarczą (badanie AGER 2018). To kolejny spadek tego odsetka w ciągu ostatnich trzech lat. Obraz dopełnia piąta edycja badania „Pierwsze kroki na rynku pracy 2018” przygotowanego przez Deloitte. Jest ono prowadzone w grupie studentów i absolwentów, głównie kierunków ekonomicznych, technologicznych i prawniczych. Elastyczne godziny pracy oraz znalezienie równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym to główne aspekty, na których zależy w pracy przedstawicielom pokolenia Y (millenialsi).

Deficyt przywództwa

Najwięcej przedstawicieli pokolenia Y wybiera pracę w firmie prywatnej lub posadę w sektorze publicznym. Aż 51% badanych opowiada się za pracą u kogoś, a nie na własny rachunek. Jakie są przyczyny? Millenialsi mają jasno określone wymagania wobec pracodawców, ale za to coraz częściej nie mają sprecyzowanych planów na przyszłość. Krytycznie oceniają własne kompetencje. W tej grupie jest deficyt osób z umiejętnościami przywódczymi. Nie potrafią delegować zadań i zarządzać pracą innych. Mimo że przedsiębiorcami chce być o 2 pp. młodych więcej niż w ubiegłej edycji badania (13%), nie oznacza to wcale, że widzą się oni jako zarządzający zespołami. Wśród potencjalnych przedsiębiorców ponad połowa (53%) myśli o byciu freelancerem.

Przyjrzałem się badaniom sprzed ponad 10 lat. W 2007 r. aż 61,4% respondentów Polskiego Generalnego Sondażu Społecznego wybierało pracę na własny rachunek jako preferowaną formę zatrudnienia (wobec 45% w krajach UE). Dlaczego tak spadła motywacja do rozpoczynania działalności na własny rachunek? – zacząłem się zastanawiać. O niskiej skłonności do rozpoczęcia biznesu decyduje lęk przed poniesieniem porażki – tak uważa prawie 48% Polaków (wg raportu Global Enterpreneurship Monitor 2017). Niezależnie od grupy wiekowej, płci czy wykształcenia za najważniejszą potrzebę w procesie rozwoju firmy uznajemy pozyskanie środków finansowych. Pomoc w zakresie administracji, marketingu czy zasobów ludzkich jest dla nas mniej istotna. A to przecież kluczowe narzędzia w prowadzeniu firmy. Czy Polacy dopiero teraz przelękli się wniosków, które płyną ze starej już książki „Mit przedsiębiorczości” Michaela Gerbera?

Wysoko postawiona poprzeczka

Jaki jest cel istnienia firmy? Takie pytanie zadał niedawno swoim słuchaczom Paweł Tkaczyk, autor książki „Zakamarki marki”. W grupie uczestników szkolenia była co najmniej dziesiątka właścicieli firm, a także kilka osób, które w najbliższym czasie chciały rozpocząć pracę na własny rachunek. Większość odpowiadała, że przedsiębiorstwa zakłada się po to, by „zarabiać w nich pieniądze” albo „uwolnić się od szefa”. I tylko jedna osoba znała właściwą – według Pawła Tkaczyka – odpowiedź na to pytanie. Brzmi ona.: celem istnienia firmy jest rosnąć. „Zdrowa firma będzie na Ciebie zarabiać (…), jeśli odpowiednio urośnie. A to oznacza, że procedury skalowania musisz w nią wbudować od samego początku” – pisze na swoim blogu. Dowodzi, że od początku istnienia firmy należy zadbać o oddzielenie wiedzy i kompetencji od konkretnych ludzi. Wiedza w organizacji powinna być zapisana w systemach i dokumentach firmowych, kompetencje w procedurach. Kiedy jeden człowiek odchodzi, kolejny powinien go zastąpić przy minimalnym wysiłku ze strony pozostałych.

Czy zdrowa firma to tylko taka, która rośnie? Paweł Tkaczyk przestrzega przed sytuacją, gdy w założonej przez siebie firmie jesteś jednocześnie jej pracownikiem i niezastąpionym ogniwem. Tak naprawdę o zarabianiu i niezależności można wtedy zapomnieć, bo trzeba dawać z siebie 300% normy, by utrzymać się na powierzchni. Przestrzega: „jeśli kochasz coś robić, założenie firmy, w której zamierzasz się tym zajmować, jest najgorszym pomysłem pod słońcem. Bo wtedy przestaniesz robić to, co kochasz”. Co z setkami tysięcy osób, które pracują na własny rachunek? Jak powinniśmy sobie radzić, zwłaszcza gdy jesteśmy solopreneurami, czyli prowadzimy firmy, które nikogo nie zatrudniają? Pomyślałem sobie, że może nie jest tak źle, skoro tyle ludzi to robi.

Solo też można

Na odpowiedź długo nie trzeba było czekać. Znalazłem ją również na blogu – tym razem prowadzonym przez Michała Szafrańskiego, znanego eksperta od oszczędzania, który niedawno napisał książkę „Zaufanie – waluta przyszłości”. Opowiada w niej w zasadzie swoją historię. Możemy przeczytać o zmuszaniu się do pracy, ciężkiej codziennej orce, ale i o spełnianiu własnej pasji oraz odnalezieniu granicy rozwoju biznesu. Jak nie lubisz czytać, zobacz jego wystąpienie podczas ostatniej konferencji InfoShare. Opowiedział w nim, jak szukać swojego celu, jak radzić sobie z trudnościami i jak odnaleźć się jako przedsiębiorca działający w pojedynkę.

Historia Michała Szafrańskiego splata się z przypadkiem Pata Flynna, autora przetłumaczonego niedawno na polski światowego bestsellera „Gotowi na start. Jak sprawdzić pomysł na biznes, by nie stracić czasu i pieniędzy”. Przedsiębiorcą został przypadkowo, gdy po błyskotliwej karierze architekta został zwolniony z pracy w 2008 r. (w USA już panował kryzys). Postanowił wykorzystać swoją wiedzę o egzaminie LEED. To jeden z najważniejszych egzaminów w branży architektonicznej, obejmujący zasady budowania przyjaznego dla środowiska. Stworzył stronę internetową, która pomagała studentom przygotować się do LEED. W ciągu roku obroty generowane przez stronę greenexamacademy.com przekroczyły 200 tys. USD. Wówczas uwierzył w siebie i stworzył kilka innych biznesów w internecie, które przyniosły mu 3,5 mln USD. Można? Można, ale sama wiara nie wystarczy. Rozwijanie każdego biznesu to ciężka praca – przestrzega Pat Flynn: „Wolność, która jest wpisana w prowadzenie własnej działalności, a co za tym idzie – pełna kontrola nad przyszłością, jest niesamowita. I nie chodzi tutaj o pieniądze ani o wypasione samochody (…). Nie chodzi też o przesiadywanie całymi dniami na plaży i popijanie piña colady. Ja naprawdę przez większość czasu pracuję i staram się to robić z głową. Wiem jednak, że nie dzieje się tak bez powodu. Mam coś, co motywuje mnie najlepiej na świecie… moją rodzinę”.

Retrospektywa

Ponownie cofnijmy się o 10 lat. W podsumowaniu „Mazowsze – region ludzi przedsiębiorczych” (wyd. przez Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego, 2007) można przeczytać, jak mieszkańcy regionu garnęli się do zakładania firm. Wówczas dofinansowanie na rozpoczynanie działalności gospodarczej można było pozyskać z dwufunduszowego Zintegrowanego Programu Rozwoju Regionalnego (ZPORR). Nie była to pomoc udzielana na dużą skalę, a raczej rodzaj pewnego pilotażu. Na realizację ZPORR w województwie mazowieckim przeznaczono niemal 300 mln euro. Z tej kwoty 5 mln euro przypadło na wsparcie podejmowania działalności gospodarczej (działanie 2.5 „Promocja przedsiębiorczości”). To pozwoliło na sfinansowanie 40 projektów szkoleniowo-doradczych, w których wzięło udział ok. 750 osób. Spośród nich 450 osób otrzymało wsparcie dotacyjne na założenie działalności gospodarczej. Zainteresowanie było dużo większe i nie wszystkim chętnym udało się zakwalifikować na kurs. Rozwiązanie się sprawdziło i przeniknęło później do polityki krajowej – niewielkich grantów (18-20 tys. zł) na samozatrudnienie zaczęły udzielać powiatowe urzędy pracy.

W ZPORR była też dopasowana pomoc dla działających mikroprzedsiębiorców, czyli najmniejszych firm zatrudniających do 9 osób, o obrotach nieprzekraczających 2 mln euro (precyzyjnie określisz wielkość firmy, korzystając z prostego narzędzia internetowego o nazwie Kwalifikator MŚP). Mazowsze miało do dyspozycji 6,14 mln euro na rozwój nie starszych niż trzyletnie mikroprzedsiębiorstw. Wsparcie mogło być udzielane na inwestycje (dofinansowanie do 200 tys. zł) lub usługi doradcze (dofinansowanie do 20 tys. zł). W odpowiedzi na ogłaszane konkursy wnioski składało oczywiście bardzo dużo przedsiębiorców. Zapotrzebowanie wielokrotnie przekraczało możliwości budżetowe.

Realizowano rozmaite pomysły, np. autorska galeria lamp i szkła, centrum zabaw dla dzieci, firma zajmująca się automatyką bramową, ośrodek terapeutyczno-językowy, studio projektowania odzieży, gabinet kosmetyczny, minibrowar wraz z restauracją, pensjonat w kurpiowskim stylu. Sprawdziłem – wiele z nich działa, a niektóre rozwinęły się w prężne biznesy. Ale przyznacie, że nie wszystkie są bardzo innowacyjne.

Świat idzie do przodu

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi formy wspierania rozwoju przedsiębiorczości. W Regionalnym Programie Operacyjnym Województwa Mazowieckiego pozostały dotacje na projekty inwestycyjne realizowane przez firmy, ale muszą się one cechować wysoką innowacyjnością. Preferowane są przedsięwzięcia badawczo-rozwojowe, które mieszczą się obszarach inteligentnych specjalizacji Mazowsza. W e-biuletynie nr 5/2017 pisałem o akceleratorach przedsiębiorczości – teraz start-upy wspierane są poprzez pakiety specjalistycznych usług. Ważne cele to: prace B+R i wdrożenie ich wyników, komercjalizacja rozwiązania, pozyskanie rynku i inwestora.

Pieniądze na rozwój firm, również tych w początkowej fazie rozwoju, cały czas są dostępne. Wśród ogłoszonych na Mazowszu konkursów w ramach RPO WM zainteresuj się choćby tymi:

Proste bezzwrotne dotacje na start cały czas są dostępne w powiatowych urzędach pracy. Inwestycje w mniej nowatorskie przedsięwzięcia wprawdzie trudniej finansować przy wsparciu dotacyjnym z Programu Regionalnego, ale masz za to dostęp do preferencyjnych pożyczek (JEREMIE 2), których udzielają pośrednicy finansowi (znajdziesz ich na stronie Banku Gospodarstwa Krajowego). Kapitał na te pożyczki także pochodzi z RPO WM.

Podjęcie decyzji o założeniu firmy łączy się z ryzykiem. Ale pokonywanie lęków i poszerzanie własnej strefy komfortu towarzyszy nam niemal przez całe życie. Porażka to nie koniec świata. Jeśli się przydarzy, można ją potraktować jako lekcję, która wzbogaca nasze doświadczenie. A przedsiębiorcą nie zawsze zostajesz w wyniku realizacji skrupulatnie ułożonego planu – pokazują to przytoczone historie blogerów. Motywacje są rozmaite i chyba nie do końca chodzi o to, by nasza firma ciągle rosła. „Interes, który nic poza pieniędzmi nie przynosi, jest złym interesem” – powiedział Henry Ford. Poszukiwanie dodatkowych wartości w prowadzeniu biznesu ma sens. I łatwiej podjąć decyzję, jeśli możemy na rozwój pozyskać dofinansowanie z unijnych funduszy.

 

Marek Bonafide